Zamiast dobranocki
Wczoraj zamiast oglądać dobranockę wybrałam się na pokaz filmów reklamowych nagrodzonych w Cannes. Zapadłam się w pluszowy fotel w Multikinie i na dwie godziny zmieniłam się w reklamożercę.
Podobało mi się, trochę się śmiałam, wzruszyłam z raz czy dwa, ale dziś z perspektywy porannej kawy i jasności umysłu sądzę, że jednak odbyło się bez zdziwień. Wszystkie kanony zachowane, wszystkie znane tricki strzelały spod palców, dobrze naoliwiona maszyna parła naprzód. To dobrze czy źle? Ani jedno ani drugie. Chyba nie w tych kategoriach należy ten przegląd oceniać. Ale dwie rzeczy jednak rzuciły mi się w oczy, więc małe zdziwienia i owszem. Po pierwsze tendencja do robienia spotów, które nie wyglądają jak profesjonalne produkcje, ale filmiki kręcone z ręki przez kumpli, których napędza wspólna zabawa (Google Demo Slam). Oczywiście Grand Prix wygrała epicka reklama Nike, która ma najwyższy współczynnik celebryty na sekundę i która nie przestaje krzyczeć „moja produkcja kosztowała miliony dolarów”, ale poza tym pojawiło się dużo filmów w zupełnie innej tonacji, brudnych, jakby na starej taśmie filmowej albo kręconych w biegu prze amatorów (Diesel Island, Levi’s We Are All Workers). Po drugie nagrodzono sporo spotów autoironicznych – czy wobec kategorii (HBO GO) czy celebryty użyczającego swojej twarzy marce (świetna komunikacja Logitechu z Kevinem Baconem). Oczywiście były też dzieci, i zwierzątka, i prosty humor, ale coś jest na rzeczy. Myślę, że w najbliższych latach Grand Prix zdobędzie coś mniej epickiego, monumentalnego i patetycznego niż Nike Write The Future. Idzie nowe, uważajcie.









New product development


Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...